Przejdź do głównej treści Przejdź do wyszukiwarki

Stowarzyszenie Miłośników Historii Szczekocin i Okolic Stowarzyszenie Miłośników Historii Szczekocin i Okolic

Opis życia w pałacu w Szczekocinach z urywków pamiętnika Tadeusza Halperta.

Utworzono dnia 23.03.2014
Czcionka:

Tadaeus Halpert-Scanderbeg Professor at UBC

 

Wracając do mojej osoby, wszystkie urlopy (dwa tygodnie na święta Bożego Narodzenia, dwa tygodnie na Wielkanoc i od lipca do października) spędzałem z moją matką w Szczekocinach. To było naprawdę czarujące miejsce. Piękny pałac z epoki Ludwika XVI, zbudowany w 1780 roku, otoczony symetrycznie przez kilka mniejszych pawilonów połączonych z nim galeriami. W jednym z tych budynków mieściło się około piętnastu pokoi gościnnych, w przeciwnym – kuchnia, pralnia i pokoje służących. Nigdy nie rozumiałem, jak z odległej kuchni docierało gorące jedzenie do głównego budynku, ale tak było.

Do czasu mojego małżeństwa w pałacu nie było bieżącej wody ani elektrycznego światła. Moja mama była staroświecka i bała się, że kanały odpływowe zatkają się i umrzemy na dur brzuszny. Ale od czego była służba? W tym czasie było jej dużo, była tania i chętna do pracy. W każdej sypialni była ogromna metalowa wanna. W niej była umieszczona mniejsza miska, do której wlewało się gorącą i zimną wodę z dwóch naczyń, przyniesionych przez służbę. Wówczas przykucało się w dużej wannie i myło wodą z miski za pomocą dużych prawdziwych gąbek. Mogę zapewnić czytelnika, że byliśmy wtedy tak czyści jak dziś, po obfitej kąpieli.

Każdy dzbanek wody był przyniesiony i odniesiony przez pokojówki, które były nadzorowane przez ochmistrzynię – ponurą kobietę, pilnującą wszystkich szczegółów. Specjalny służący każdego ranka wynosił wiadro – toaletę i wymieniał ją na czystą i zawsze wyparzoną. Nie widziałem sensu pracy tego człowieka i w końcu przekonałem matkę do zainstalowania kanalizacji. Nietrudno sobie wyobrazić zamęt w domu, który ma około sto pięćdziesiąt lat, jego ściany z cegieł są grube na półtora jarda i jest w nim właśnie instalowana kanalizacja. To było istne piekło, ale to i tak nic w porównaniu z sąsiednim zamkiem, zbudowanym około 1600 roku przez tureckich więźniów. Tam ściany były tak grube, że przestrzeń, w której urządzono miejsce do kąpieli i toalety, została wykuta w murze i oddzielona drzwiami od reszty pomieszczenia.

Na parterze głównego budynku pałacu było kilka pomieszczeń, które zostały przystosowane na pokoje dla dzieci, bibliotekę, sypialnię, garderobę i salon mojej mamy. Na piętrze znajdowały się dwa małe apartamenty, jadalnia i kaplica, w której często odprawiano mszę świętą śpiewaną. Również tam znajdował się szereg budzących zachwyt salonów ze ślicznymi zdobionymi panelami ścianami i ozdobnymi kominkami. Wszystkie te XVIII wieczne dekoracje, perfekcyjnie wykonane, cieszyły oko. W centralnej części piętra była owalna sala balowa z dwoma rzędami okien. To pomieszczenie było wysokie na około trzydzieści stóp i musiało być zamykane zimą, ponieważ dwa zabytkowe piece z kafli, które się tam znajdowały, nigdy nie zdołałyby go dobrze ogrzać

Naturalnie, dom takich rozmiarów wymagał wielu służących. Jak już wspomniałem, łatwo było ich znaleźć. Pracowaliby o wiele ciężej, gdyby zostali na gospodarstwach swoich rodziców. U nas było im lepiej i choć było ich tak wielu, wiedzieli, że nawet gdy nie są już tak bardzo potrzebni, mogą zostać w pałacu aż do swojej śmierci. Nie wiem, czy w jakimś innym domu znaleźć można było większą liczbę starych służących obojga płci, którzy udawali, że pracują, albo nawet przestali już udawać! Ponadto w naszym domu można było wyróżnić specjalną grupę ludzi: przyjaciół, byłych guwernantek oraz pielęgniarek.

Dla przykładu, angielska niania mojej mamy, panna Bessie Hope, była z nami od dnia narodzin mojej mamy w roku 1850 aż do dnia swojej śmierci około 1910 roku. Nalegała na trzymanie herbaty, kawy i cukru pod kluczem. Bessie nigdy nie powróciła do Anglii, nawet nigdy nie była tam z wizytą. Nie miała innej rodziny poza starszym bratem, mieszkającym w Nowej Zelandii, którego nie widziała od dzieciństwa. Panna Bessie była bardzo sprytna. Pewnego dnia powiedziała, że odda mi wszystkie oszczędności, abym je wysłał do brata po jej śmierci. Wymyśliła ten sposób, żeby uniknąć formalności z brytyjskim konsulem i kosztów z tym związanych. Kiedy ukochana Bessie zmarła, zgodnie z jej wolą, wyciągałem banknoty i złote monety z pończoch, butów, różnych koszyków i wielu jeszcze innych niespodziewanych miejsc. Wysłałem do Nowej Zelandii około piętnastu tysięcy rubli, co wtedy równało się siedmiu i pół tysiącom dolarów w złocie! Bessie nigdy nie wydała ani grosza na cokolwiek, poza zabawkami dla nas, dzieci. Moja mama dawała jej jedną czarną i jedną fioletową jedwabną sukienkę na rok, poza tym buty i bieliznę. W ten sposób jej oszczędności urosły do przyzwoitej sumy.

Jednak większość rezydentów naszego domu była utrapieniem. Nie mieli nic do roboty, a i chęci na zrobienie czegokolwiek również im brakowało. Ich jedyną rozrywką było plotkowanie i narzekanie na jedzenie. Pałacowe jedzenie, będące mieszaniną francuskich i wybornych polskich dań, było naprawdę dobre. Jedyną rzeczą, oczekiwaną od tych „domowników” po czarnej kawie, zawsze podawanej po posiłku w salonie, było pozostanie tam lub rozejście się do swoich pokoi, ale w taki sposób, aby nie chodzić po całym domu. Tylko w ten sposób gospodarze domu mogli miło spędzać czas ze swoimi gośćmi w spokoju, bez natrętnej obecności rezydentów.

Teren za naszym domem opadał w dół w stronę niewielkiej rzeki, która płynęła tuż za dużą łąką. Po przeciwnej stronie było miasteczko Szczekociny, całkiem niewidoczne, zasłonięte drzewami. Z południowej strony znajdowały się zabudowania folwarczne, a za nimi pola.

Dziesięć minut spaceru wystarczyło, aby dojść do ślicznego lasu uważanego za park. Usuwano z niego uschnięte drzewa, zarośla od czasu do czasu były też wycinane.

W Polsce leśnictwo stało wysoko. Każdy właściciel lasów musiał posiadać gospodarczy plan dziesięcioletni. Nie mógł wyciąć więcej niż 1/100 swoich lasów. Strażnicy leśni pilnowali, czy przepisy te były przestrzegane. Małe dzikie skupiska drzew, znajdujące się blisko domu, były traktowane jako park i nie włączano ich do planu. Moja matka zwykle spacerowała tam rano, a codzienna wieczorna przejażdżka z jej starym stangretem była niemal obowiązkiem.

Matka nigdy nie miała strzelby w rękach, ale była dobrze poinformowana przez mojego ojca i wiedziała wiele o broni i polowaniu. Dobrze pamiętam mojego pierwszego kozła ustrzelonego w pierwszym dniu letnich wakacji. Gdy ukończyłem mój pierwszy rok szkolny, a moje świadectwo było dość dobre, przygotowała mi starą strzelbę ojca, ładowaną czarnym prochem, ale bardzo celną i powiedziała, że mogę zapolować na kozła. Wieczorem znalazłem się na granicy lasu i łąk czekając, aż ten pierwszy mój kozioł pojawi się na otwartej przestrzeni. Wkrótce rzeczywiście zjawił się, ale ja w radosnym podnieceniu nie zdołałem dobrze strzelić i prawidłowo trafić.

Przestrzeliłem mu żołądek. Dla myśliwego to niewybaczalne. Biedne zwierzę zwijało się z bólu, musiało być odszukane i zanim skonało, minęło kilka godzin. W końcu dobiłem kozła i dumnie wróciłem do domu. Kiedy matka przyszła podziwiać trofeum, od razu zobaczyła przestrzał. Nic nie powiedziała, ale gdy strzelba została oczyszczona, zamknęła ją do następnego roku. To była lekcja, której nie zapomniałem jak długo polowałem na kozły. Wkrótce przestałem, gdyż uważałem strzał za zbyt łatwy, a cały proceder za niemiły. Zostawiłem kozły dla mniej wyczulonych przyjaciół.

Moja żona, którą nauczyłem strzelać, także odmówiła strzelania do kozłów. Cieszyło ją, tak jak i mnie strzelanie do królików z broni 5,5 mm i robiła to bardzo dobrze. Króliki były szkodnikami i należało kontrolować ich liczebność. Przez lata nie ustrzeliłem kozła, ale nie mogę zapomnieć tego ostatniego z 1938 roku. Spodziewaliśmy się wyjątkowych gości, a w naszym małym miasteczku zastrajkowali rzeźnicy. Nie było też w gospodarstwie żadnego cielaka do zabicia. Jedynym mięsem pod ręką były kurczaki. Mięso jednak być musiało, więc postanowiliśmy ustrzelić kozła. Po dłuższej dyskusji podjąłem się zadania, mając nadzieję, że będzie najlepiej, jeśli nie spotkamy żadnego. Oczywiście, na przekór naszej nadziei, natrafiliśmy na niego od razu i gdy go ustrzeliłem żona powiedziała z wyrzutem: „zabiłeś go”. To nie było miłe, byłem wściekły.

Moja matka żyła z dala od ludzi. Widywała niewielu naszych sąsiadów. Brat bywał w domu od czasu do czasu, tak samo jak i przyjaciele oraz znajomi. Najmilej widzianymi gośćmi byli: kuzyn naszego ojca, Alexander Halpert, jego śliczna angielska żona Corbett i ich syn, który był w moim wieku. Mój kuzyn Frank, już całkiem Anglik, mieszkał w Londynie na stałe, został jednym z moich najlepszych przyjaciół, podobnie zresztą jak i jego siostra Doris.

Byłem zadowolony z życia na prowincji. Corocznie, przed powrotem do szkoły, polowałem dwa tygodnie. We wrześniu na kuropatwy, przedtem zawsze udało mi się ustrzelić kilka kaczek i pewną ilość bekasów. Dużo szczęśliwych dni spędziłem na bagnach, zwłaszcza gdy poznałem sposoby na bekasy. Strzelanie do nich wydaje się być trudne, ale uważam, że przy pewnym doświadczeniu strzał jest pewny i bekas pada martwy.

W listopadzie była przerwa szkolna, pięć, czasami sześć dni, wtedy mogliśmy postrzelać do zajęcy z nagonką. Europejski zając jest całkiem inny niż królik z Nowego Świata. Przede wszystkim jest większy (ok. 7 kg), a jego mięso jest delikatniejsze, szczególnie duszone w śmietanie. Dlatego zające mają tak wielu wrogów. Należą do nich: jastrzębie, siwe wrony, gronostaje, łasice, lisy, psy, no i ludzie. Dobrze prowadzone zajęcze łowisko, wśród drzew i pól, musi być starannie chronione przez strażników, a szkodniki wybite. Szczególnie trzeba je chronić, gdy głęboki i miękki śnieg pokrywa ziemię. Wtedy zające zapadają się w nim i kłusownicy to wykorzystują. To samo można powiedzieć o ochronie ptactwa, szczególnie kuropatw i bażantów.

Do moich wielkich przyjemności należało wyjście lub jazda wieczorem i obserwowanie bażantów opuszczających śródpolne remizy, liczenie stad kuropatw o zmierzchu przez słuchanie ich nawoływań. W końcu, obserwowanie zajęcy opuszczających las na nocne żerowiska wśród pól (zające żywią się tylko nocą).

Tadaeus Halpert-Scanderbeg Professor at UBC

VANCOUVER, B.C. 1958.

 

Podziękowania za udostępnienie fragmentów pamiętnika dla Richarda Halperta

Tłumaczenie i przekład: Olga i Marek Gradoń

Redakcja: Andrzej Orliński

Imieniny

Zegar

Pogoda

Zaprzyjaźnione Instytucje

Archiwa Społeczne

 

Licznik odwiedzin:

W tym tygodniu: 59

W poprzednim tygodniu: 87

W tym miesiącu: 165

W poprzednim miesiącu: 322

Wszystkich: 39869